Prawa człowieka czy prawa osoby?
Prawa człowieka ogłoszone w
kolejnych Deklaracjach wydawały się być ostatecznym panaceum na wszystkie
kłopoty i bolączki człowieka. Dziś wiemy, że tak się nie stało. Dlaczego znikł
cały optymizm tych Deklaracji? Dlaczego prawa człowieka nie spełniły swoich
oczekiwań? Dlaczego nie uzdrowiły relacji międzyludzkich? Mówiąc wprost,
dlaczego nie przyniosły człowiekowi szczęścia? Czyżby w tej propozycji praw
człowieka zapoczątkowanej w dobie Rewolucji Francuskiej tkwiło jakieś
przekłamanie? A może po prostu człowiek nie potrzebuje kodeksu praw człowieka,
tylko wystarczy mu kodeks karny? Czyżby prawa człowieka nie były w stanie pomóc
samemu człowiekowi? Musimy dziś koniecznie zapytać, dlaczego tak jest?
Twórcy praw człowieka postanowili
oprzeć je na ludzkiej naturze. Wydawało się to czymś zrozumiałym i oczywistym.
Człowiek posiada swoją naturę. Żyje i działa podług niej. A więc jak
najbardziej słuszne jest ustanowienie prawa opartego na naturze ludzkiej.
Jednocześnie byłoby to nawiązanie do pojęcia prawa naturalnego, które miało być
głosem natury i w jakiś sposób kierować ludzkim życiem. Uznano zatem, że należy
sformułować prawa człowieka, które stanowiłyby eksplikację prawa naturalnego.
Można domniemywać, że w zamyśle twórców Deklaracji Praw Człowieka (pierwszej i
drugiej) prawa te miały się utożsamiać z prawem naturalnym.
Podstawą praw człowieka stało się
rozumienie ludzkiej natury. Tę naturę pojmowano w czasach nowożytnych jako
rozumną i wolną. Filozofia podpowiadała nam, że człowiek jest wyposażony w
rozum i wolę, dlatego może działać w sposób rozumny i wolny. Wydawało się
oczywiste, że o człowieku można mówić w tych kategoriach oraz że te zdolności
cechują człowieka i jego działanie. Stąd wyprowadzano postulat, że człowiek
powinien działać według praw rozumu i woli. Uważano także, że obie te władze
kontrolują się wzajemnie. A więc kiedy zaczyna dominować rozum, wtedy
powinniśmy odwoływać się także do woli, zaś kiedy górę bierze wola, wtedy
trzeba powrócić do zdolności rozumu. Ale nawet przy całkowitej równowadze
działań (jakby remisie działań), filozofia zawsze wskazywała na pierwszoplanowa
rolę rozumu. W koncepcjach stricte racjonalistycznych sprawa wyglądała jeszcze
gorzej. Kant chciał podporządkować wolę rozumowi, zaś Spinoza opowiadając się
za samym rozumem musiał w ogóle odrzucić wolę i wolność.
Mówimy, że ludzka natura jest
rozumna i wolna. Wskazujemy w ten sposób tylko na dwie zdolności człowieka, ale
przecież zdajemy sobie sprawę, że w ludzkiej naturze właśnie te dwie władze
dominują nad całą resztą. Człowiek faktycznie jest rozumny i wolny. Dlatego
jako podstawę prawa wyakcentowano rozum i wolność. Kant w swoim krytycznym
racjonalizmie dowodził, że prawo ma pochodzić z samego rozumu. Prawo jest
przecież dziełem rozumu, a więc powinno być aprioryczne. Dlatego przyjęto, że
ludzki rozum działając apriorycznie i autonomicznie tworzy prawo sam z siebie.
W ten sposób prawo miało zagwarantowaną zgodność z rozumem, a rozum stawał się
warunkiem koniecznym i dostatecznym prawa. Rozum stał się jedynym arbitrem.
Rozum stanowił prawo, był się prawodawcą, ale zarazem był sędzią i adwokatem w
jednej osobie.
To rozum poznaje naturę
człowieka. To znaczy, że rozum poznaje sam siebie oraz poznaje wolę. Poznaje
także cielesność. Ogólnie mówimy, że rozum poznaje rzeczywistość. Dzieje się
tak wtedy, gdy rozum poddaje się doświadczeniu zmysłowemu. Sam z siebie rozum
zaczyna myśleć. Gdy rozum działa sam z siebie (apriorycznie), wtedy poznaje w
sposób dialektyczny. Hegel pokazał nam, że rozum może postawić dowolną tezę,
aby zaraz potem ją zanegować. W dokonaniach myślącego rozumu (rozumu
apriorycznego) brakuje jednoznacznego kryterium. Ludzki rozum może się kierować
zarówno prawdą, jak i fałszem. Najpierw głosimy prawdę, aby za chwilę skłamać.
Skoro więc odwołujemy się do rozumu jako jednego z wyznaczników ludzkiej
natury, to niepostrzeżenie akceptujemy jego dialektyczne działanie. Ta
dialektyka dotyczy również działania woli. Mówimy przecież, że człowiek ma
wolną wolę. To znaczy, że sam człowiek swobodnie wybiera swoje działania. Raz
wybiera dobro, żeby innym razem opowiedzieć się za złem (za wyborem mniejszego
zła). Trzeba więc przyjąć, że również wola w swoim działaniu jest dialektyczna.
Stawiając na wolność woli, która stanowi możliwość wyboru, zgadzamy się
niepostrzeżenie na wybór zła.
Ratunkiem w tym układzie mogła
być „pośrednia droga” Arystotelesa. Dla niego wypracowana cnota miała być
„środkiem” pomiędzy skrajnymi działaniami rozumu i woli. Jego etyka polegała na
tym, żeby odrzucić przeciwieństwa i podążać drogą pośrednią (środkiem). Takie
wypośrodkowane działanie miałoby nam zapewnić życie moralne. Moralność stawała
się roztropnym podążaniem środkiem. Odrzuceniem skrajności i wyborem drogi
pośredniej. Ale od razu widać niedoskonałość takiej propozycji. Arystoteles
wychwala przyjaźń jako najlepsze odniesienie do drugiego człowieka. Ta przyjaźń
jest „środkiem” pomiędzy dwoma skrajnościami – miłością i nienawiścią. U
Arystotelesa człowiek nie zna miłości, gdyż jest ona szaleństwem (bożym), jak
pokazał w Uczcie Platon. Człowiekowi pozostaje więc tylko przyjaźń. Od razu
widać, że jest to etyka na miarę ludzkiej natury.
Ludzka natura nie jest doskonała.
Co więcej, ona nie potrafi działać w sposób doskonały. Jeżeli więc tę naturę
przyjmiemy jako podstawę praw człowieka, to tym samym zatwierdzamy prawnie całą
jej niedoskonałość. Jeżeli uznamy, że prawa człowieka mają być gwarancją
działania rozumnego i wolnego, to jednocześnie będą one potwierdzeniem
dialektyki tych władz. Fałszywe oceny rozumu są tak samo rozumne jak oceny
prawdziwe. Sam z siebie oraz sam przez się rozum nie jest w stanie
rozstrzygnąć, gdzie jest prawda. Dlatego potrzebuje odniesienia do czegoś
leżącego poza nim. Potrzebne jest tutaj odniesienie do rzeczywistości. Dlatego
prawdziwość (ocen) była pojmowana jako zgodność rozumu z rzeczywistością. Ale
Kant narzucił rozumowi aprioryczność i autonomię, czyli pozbawił go
jakichkolwiek odniesień. Gdy więc poszukujemy pełnej autonomii rozumu, gdy
wierzymy w prawdziwość wiedzy apriorycznej, wtedy odniesienie do rzeczywistości
staje się niepotrzebne. Rozum sam ocenia i wyznacza prawdziwość. Taka
prawdziwość staje się zgodnością poznania z samym myśleniem. Poznać coś znaczy
pomyśleć to jasno i wyraźnie, jak chciała Kartezjusz. Odwołanie się do ludzkiej
natury preferuje błądzący w myślach rozum i wybierającą swobodnie wolę. Jednak
obie te zdolności nie mogą stać się fundamentem prawa i moralności.
A cóż się stanie, jeśli odwołamy
się do ludzkiej osoby? Czy można określić prawa osoby, a nie tylko prawa
człowieka? Na czym więc byłyby oparte prawa osoby?
Ludzka natura jest podmiotowością
istoty. Obejmuje ona porządek istotowy i działanie władz duchowych i
cielesnych. Działanie człowieka jako ludzkie działanie naturalne przebiega w
sferze istotowej na poziomie duszy i ciała. Natomiast osoba stanowi
podmiotowość istnienia. Jej aktywność obejmuje porządek istnienia (porządek
egzystencjalny). Osoba jest bowiem związana z własnościami transcendentalnymi.
Aktywność osoby wypływa z tych własności transcendentalnych, które mają
charakter osobowy. Są to własności prawdy, dobra i piękna. Podmiotowość osoby
stanowią więc trzy własności osobowe, które dysponują szczególną mocą sprawczą,
gdy pozostają w relacjach do Osoby Boskiej. Podmiotowość osoby ma postać wspólnoty
trzech własności osobowych (prawdy, dobra i piękna).
Osobowa aktywność polega na
aktywności własności osobowych. Jak na poziomie istoty bytu mamy do czynienia z
różnymi władzami duchowymi (i cielesnymi), tak na poziomie istnienia odpowiada
temu aktywność własności osobowych. Na poziomie istotowym (natury ludzkiej)
władze mają postać możności, czyli zdolności do działania. Natomiast na
poziomie istnienia mamy do czynienia z aktami własności transcendentalnych.
Aktem prawdy jest kontemplacja. Aktem dobra jest sumienie (prasumienie), zaś
aktem piękna jest upodobanie. Te trzy akty stanowią jednocześnie aktywność
osobowej podmiotowości. Możemy to wyjaśnić w ten sposób, że osobowa
podmiotowość jest od razu aktywnością (czyli ma charakter aktu), zaś podmiotowość
natury przybiera jedynie postać władz-możności. Wiemy, że możność musi być
urzeczywistniona i zaktualizowana przez akt. Dlatego trzeba stwierdzić, że
osobowa aktywność (akt) stanowi przyczynę aktualizacji i dalej działania władz
naturalnych. Powiemy też, że człowiek działa ostatecznie dzięki aktywności
własności istnieniowych. Taki sens wydaje się mieć scholastyczne sformułowanie:
operari sequitur esse.
Dlatego wydaje się, że słuszną
rzeczą będzie poszukiwanie podstaw dla praw przynależnych człowiekowi na
poziomie osobowym. W ten sposób dochodzimy do stwierdzenia, że aby prawa
człowieka stały się zarazem prawami osoby, muszą być oparte nie na rozumie i
wolności, ale na prawdzie, dobru i pięknie. Prawa osoby dotyczą więc własności
osobowych i mają ich strzec. Mają one służyć samej osobie i jej rozwojowi,
czyli powinny gwarantować aktywność osobową. Prawa człowieka powinny więc
gwarantować aktywność osoby (czyli kontemplację, sumienie i upodobanie), a nie
tylko działanie myślącego (i błądzącego) rozumu oraz swobodnie wybierającej
woli.
Prawem osoby winno być prawo
mówienia i słuchania prawdy (prawo do wypowiadania słowa prawdy), dalej prawo
do czynienia dobra (prawo do dobrego działania, a nie wybierania mniejszego
zła), a także prawo do przeżywania piękna (czyli prawo do przeżywania pięknego
życia). Tylko takie prawa osiągają poziom naprawdę osobowy. Będzie to wyraz
najwyższego humanizmu i źródło postaw humanistycznych człowieka.
Prawa człowieka ustanawiane do
tej pory były oparte na zdolnościach ludzkiej natury. Prawa osoby, które
czekają na ustanowienie, powinny być oparte na własnościach osobowych
istnienia. Dopiero takie prawa mogłyby w pełni chronić osobę człowieka i
relacje osobowe nawiązywane między ludźmi. Ponadto prawa osoby mogłyby tchnąć
nowe siły w życie społeczne. Dałyby humanistyczne oświecenie i ożywienie życiu
społecznemu. Prawa osoby byłyby mocną podstawą moralności tak potrzebnej w
życiu społecznym. Trzeba by się zastanowić, czy nie dałoby się wyprowadzić z
praw osoby prawa moralnego, a dalej prawa rodzinnego czy nawet praw
politycznych człowieka.
Prawa osoby stoją bowiem na
straży samej osoby i życia osobowego, czyli życia we wspólnocie osobowej, jaką
jest rodzina. Natomiast prawa człowieka (jako prawa natury) chroniły jedynie
ludzką naturę, czyli chroniły rozumność i wolność człowieka. Ale to sprowadzało
się do ochrony ludzkiej indywidualności, a właściwie do ochrony indywidualnej
świadomości człowieka. Postulowanie wolności słowa doprowadziło bowiem do
rozprzestrzeniania się głupoty, gdyż każdy może głosić, co mu się podoba. Z
kolei postulat wolności sumienia doprowadził do przyjęcia swobody działania i
rozprzestrzeniania się złego zachowania, gdyż każdy uważa, że sam rozstrzyga i
decyduje o swoim postępowaniu. Dobre dla mnie jest to, co robię i nikomu nic do
tego. Mogę wielbić Boga, ale równie dobrze mogę uwielbiać siebie lub kogoś
innego. Wreszcie propagowana dziś wolność seksualna prowadzi człowieka do
całkowitego wypaczenie przeżycia piękna i pięknego życia. Postulowana swoboda
przeżywania przyjemności niszczy wprost naszą uczuciowość, zabija uczucia
(zwłaszcza uczucia radości i nadziei dotyczące życia). Każe nam gonić za
przyjemnością za wszelką cenę. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, że pogoń za
przyjemnościami nie może nas do niczego doprowadzić. Jest tylko ciągłym
łapaniem przyjemności (i szczęścia rozumianego jako przyjemność), której nie
sposób zatrzymać.
Te postulaty wolności podpowiada nam nasza świadomość. Dzieje się tak dlatego, że świadomość pragnie zapanować nad człowiekiem, pragnie zapanować przede wszystkim nad osobą i jej aktywnością. To świadomość przybrana w różne teorie filozoficzne każe człowiekowi nazywać się ludzkim „ja” albo ego, ludzką „jaźnią”. W ten sposób świadomość próbuje uzurpować sobie rolę głównej podmiotowości człowieka. Świadomość chce ustanawiać własne prawa – prawa wolności, które mają jakoby wyzwolić człowieka. Ale jest to jedynie wyzwolenie i oderwanie się od realnej podmiotowości osoby. Prawa wolności człowieka zaprzeczają bowiem sprawczej mocy osoby. Negują jej aktywność w imię wolności działania człowieka, czyli w imię jego świadomości. Ale uwolniona świadomość prowadzi nas tylko na manowce, gdyż nie ma żadnego ukierunkowania. Jedynie osobowa aktywność posiada jeden określony cel i kierunek. Jest nim Osoba Boska i wieczna łączność z Bogiem, czyli zbawienie jako szczęście wieczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz